Blog celine
Smak wolności 2009-04-17

Szczęścia i wolności można tak długo nie zauważać.

Mam to wszystko już od paru lat, dwóch co najmniej, a od półtorej zwłaszcza, i teraz czytając stare wypociny dostrzegłam czym dla mnie jest wolność, którą w końcu w pełni posiadłam:

Nie muszę nic nikomu udowadniać. Rodzinie, że jestem samodzielna, odpowiedzialna, i zdolna do wielkich i małych rzeczy; kobiecie, w której jestem zakochana, że pomimo wieku jestem dojrzała i ustabilizowana życiowo; całemu światu, jak bardzo jestem "normalna"; SOBIE, że jestem w stanie osiągnąć co tylko pragnę i łączyć rzeczy pozornie niemożliwe do połączenia, że jestem w stanie być głęboko szczęsliwa dzięki sobie i osobie, z którą dzielę życie, żyjąc w sposób nietypowy; i dlatego, że na to zasługuję.

Nic nikomu nie muszę udowadniać, bo moje życie w każdym jego elemencie jest czystym dowodem na wszystko, co kiedykolwiek, komukolwiek chciałam lub chciałabym udowodnić. To, właśnie to, jest moim prywatnym, największym sukcesem. Jestem wolna.



Witam po długiej przerwie 2008-12-18

Bilans roku:

Stały, udany związek i wspólne mieszkanie - w wymarzonym Krakowie. Dobra, stała praca. Mandat w Radzie Krajowej mojej partii. Studia eksternistyczne w Londynie. I wiele innych rzeczy, o których marzyłam.

 

Ale wczoraj znów się z Nią spotkałam...Bliskość, z którą mało co się może równać - jak zawsze, jak od pierwszego momentu ponad 2,5 roku temu, gdy Ją poznałam...rozmawiałyśmy jak dwie p r z y j a c i ó ł k i. Tak przecież należy. Nie flirtuje, nie walczę, staram się nie zapatrzeć w Jej oczy, nie mówię o uczuciu, które ciśnie mnie na sercu i ciśnie się do ust, bo nie mogę już, nie wolno mi, nie wypada. Jestem zajęta przez wspaniałą kobietę i naprawdę się z tego cieszę.

Nawet zwierzałam się z własnych perypetii i zmartwień związkowych. Cóż, przecież to przyjaciółka, i co z tego, że to z Nią pragnęłam to wszystko dzielić. Życie potoczyło się inaczej, także przecież szczęśliwie dla mnie. Nie chciałabym tylko kiedyś żałować, że wybrałam cudowną - jakby nie patrzeć - towarzyszkę życia i stabilność nad miłość mojego życia, która może kiedyś byłaby gotowa. Nie chciałabym być wiecznie już rozdarta między dwiema miłościami. Chciałabym, by kiedyś mnie olśniło i bym wiedziała całą sobą, która jest tą właściwą, o ile taka istnieje, a nie jest tylko naiwną fantazją mojego umysłu.

Jednak po spotkaniu nie umiałam inaczej niż śledzić ją wzrokiem, aż znikneła mi z pola widzenia. Patrzeć, jak przechodziła dokładnie przez miejsce, w którym żegnałyśmy się po raz pierwszy, gdy się poznałyśmy i wracałam do Gdańska; i pamiętać jak dziś to uczucie niewypowiedzianej nadziei i uniesienia, magii jakiej nie znałam dotąd. A gdy poszłam i w swoją, przeciwną, stronę, poczuć się jak za szklaną szybą innej rzeczywistości. Oglądałam coś tak żywego dla mnie jeszcze niedawno, a zarazem skręcałam w swoją stronę, w swój świat, do swojego życia, które nie jest z Nią. Czuć jak nasze życia idą dwiema różnymi drogami, i wspólną nie pójdą nigdy.

 Zapłakałam.



J'ai mal a la tete, j'ai mal au couer 2008-02-28

Jak skała jestem, myślałam. Skała, kontrola, harmonia. Bagaż, ach ten bagaż!

W jednym tylko dwa lata nie zmieniły nic - na palcach, podstępnie porywa raz po razie, wywraca do góry nogami.

Spojrzała. Dotknęła. Tak, całkiem przypadkiem.

Taniec. Tak blisko, bliżej...

Utrata czucia w nogach i rękach, szum w głowie.

Muszę zaciskać oczy, by nie wyrwał się ogień, by nie dać się ponieść. Czasem, gdy na Nią patrzę, jestem tak zakochana, że mi słabo.

Dłoń, uścisk, dotyk, pocałunek, ramię, szyja, twarz.

Zanurzam się w tę intymność - namiastka tej, o której z Nią marzę.

Dreszcze to jeszcze euforia, czy już przeszywający ból?

Nie pragnę, nie. Ja się tylko w Nią zamieniam i jedyne, co pozwala mi wiedzieć, że jeszcze jestem mną, to uczucia rozrywania między biodrami.

Pożądanie - to wielkie i to niespełnione - boli. Boli dosłownie, fizycznie, i kradnie mi szare komórki.



Gdybys byla lodka... 2007-11-15

Gdybys byla kowbojka, poszlabym Twoim tropem

Gdybys byla kawalkiem drewna, bylabym gwozdziem, ktory Cie przybija do podlogi

Gdybys byla lodka, poplynelabym Toba do brzegu

Gdybys byla rzeka, plywalabym w Tobie

Gdybys byla domem, zamieszkalabym w Tobie do konca moich dni

Gdybys byla kaznodziejka, zaczelabym zmieniac swoje zwyczaje

(wolne tlumaczenie fragmentu piosenki 'If you were a sailboat' Katie Melua)

Coz, wbrew temu, co przez moment sadzilam, nic we mnie nie umarlo. Przeciwnie. Jestem jednak bardzo prosta osoba - moj swiat zamyka sie w oczach jednej kobiety. To, co wczoraj powiedzialas, wyrylam w swoim sercu na zawsze. Wiem, ze nigdy nie pozwole, aby nam to odebrano, bo to, co mamy, jest wyjatkowe i ponadczasowe. Wygladalas wczoraj tak pieknie - za kazdym razem od nowa uderza mnie Twoja uroda. Wierze bardzo mocno i nie poddam sie, za nic w swiecie. Przepelnilo mnie glebokie przekonanie, gdy trzymalam Twoja dlon. Znow rozplywam sie w Tobie, znow wszystko inne zeszlo na dalszy, bardzo bardzo daleki, plan...Kocham Cie, B.



Katharsis 2007-11-08

Zlap pocalunkami uciekajaca nadzieje
zmyj dlonmi ciemnosc
oczysc zale sokami slodyczy
wejdz we mnie
i tancz az do bolu
wyprzyj gromadzaca sie gleboko rozpacz.
Tylko o nic nie pytaj.

Krakow 08/11/07


Ostatnio jestem poza czasem i przestrzenia. Moze cos we mnie umarlo?
Osiagnelam wszystko, co chcialam. Kilka marzen spelnilam, usamodzielnilam
sie i ustatkowalam. Mam wszystko, co chcialam miec, a wlasciwie nie tyle
miec, co byc - byc niezalezna, byc Krakowianka, byc aktywna, byc wsrod
bliskich, byc "kims" zawodowo, byc wolna. Osiagnelam wszystko, procz tego,
co dla mnie najwazniejsze. Gdyby jeszcze tylko to wszystko cokolwiek
znaczylo bez tego, co przepelnia moje serce...


Chyba w jakims sensie sie wypalilam. Czasami widze inna osobe w tych oczach,
w ktorych jeszcze niedawno moglabym sie utopic z rozkosza. Kazdy bol ma
swoje granice, a moj spowodowal zamkniecie sie w sobie, zamkniecie sie na
Nia. Zbyt wiele sie uzbieralo, zbyt wiele upadlo, mam dosc. Wiem, ze gdyby
zajrzec gleboko, to nadal jest to samo, i tak samo silne, ale ja sama jestem
przytlumiona.


A potem bylo katharsis.


Chaos i metlik, wpadanie i wypadanie z domu, dezorganizacja. Wiem, ze prawie
do nikogo sie nie odzywam. Przepraszam, nie jestem w stanie. Musze sie
oderwac, zrobic sobie przerwe od tego wszystkiego, nawet od ludzi. Czas
wsluchac sie w siebie, pomedytowac. Juz po kilku dniach czuje, jak pomalu
oczyszczam sie z zalow i powoli zaczyna mnie znow przepelniac harmonia i
milosc. Ta bezwarunkowa - do swiata i do Niej.



Powrót bloga i list do mamy 2007-10-13

Po długich przemyśleniach i prośbach wielu z Was (dosłownie atakujecie mnie na gadu :P) postanowiłam powrócić do pisania, jednak bardzo, bardzo ostrożnie.Cóż, długo nie wytrwałam w swoim postanowieniu - to dlatego, że zwariowałabym nie pisząc, a miejsca w szufladzie już nie ma. Ile jest listów nigdy nie wysłanych...od jednego z nich, który pisze się wciąż na nowo w mojej głowie, pragnę zacząć.Może kiedyś przeczyta (jeśli podam jej adres), a może nigdy się nie dowie - o niektórych rzeczach łatwiej pisać niż mówić.



Droga mamo!



Dziękuję, że zawsze dbaliście o moją edukację, że zachęcałaś
mnie do rozwijania talentów i zdobywania umiejętności i uprawnień. Dziękuję, że
urodziłaś mnie i daliście mi godne życie pomimo, iż sami byliście jeszcze
młodziutcy i studiujący. Dziękuję, że daliście mi szansę wychować się na osobę
bilingwalną, że zostało mi dane wyrastanie w i poznanie innej kultury przy
zachowaniu znajomości kultury własnej, co dziś procentuje zwłaszcza tym, że najczęściej spadam na cztery łapy. Dziękuję, że wysyłasz mi nawet odkurzacz
na drugi koniec Polski.



Mamo, tak bardzo bym chciała, abyś była moją przyjaciółką.
Jesteśmy inne jak dwie różne pory roku, ale przecież są również cechy, które
nas łączą. Jestem silna, także z powodu specyficznego dzieciństwa…Jestem, ale
są dni, kiedy chce mi się wyć, kiedy nie mam chęci by nawet wstać rano z łóżka,
kiedy mój idealizm (który mimo wszystko wciąż jest, zbyt głęboko zakorzeniony,
by zniknąć) znów zderza się z brutalną rzeczywistością, kiedy moja nadzieja
maleje i maleje, gdy następuje zbyt duży zlepek sytuacji ją odbierających…Mamo,
tak bardzo chciałabym, abyś mnie przytuliła. Abyś mnie wspierała duchowo, bo
pomimo dużej ilości przyjaciół czasami czuję się sama na tym świecie i
zagłuszam to imprezami oraz robieniem wszystkiego z wielkim rozmachem. Abyś
powiedziała, żebym walczyła o tę, którą kocham, bo miłość jest wszystkim, bo
postępuję słusznie. Abyś powiedziała, że wierzysz, że wygram, żebym i ja w to
zawsze wierzyła, wbrew wszystkiemu i wszystkim. Abyś powiedziała, że jestem
osobą dobrą, mimo wszystko. Abyś akceptowała moje decyzje życiowe, a nie
nazywała je dziwactwami. Abyś się mną zaopiekowała choć przez jeden jeszcze
dzień, żebym w tym jednym dniu znów poczuła, czym jest bezpieczeństwo.  Abyś z entuzjazmem reagowała na moje sukcesy.
Abyś była ze mnie dumna. Wiem już, że nie spełnię Twoich oczekiwań…nie będę
lekarzem ,ani naukowcem zapewne też nie, nie wyjdę za żadnego miłego,
kulturalnego pana, nie dostarczę Ci wnuków, nie będę katoliczką, wpisać się nie
umiem w żaden powszechnie akceptowany schemat i buduję nowe życie na drugim
końcu Polski. Mamo, ale zawsze o Was pamiętam, i choć nie znam nawet całego
dekalogu, to nie zabijam, nie kradnę, nie zdradzam, bo tego mnie nauczyłaś.
Staram się być dobrym człowiekiem, choć idę pod prąd wobec oczekiwań
społecznych. Żyję może nieco nietypowo w Waszej opinii, ale przecież się
realizuję, spełniam swoje marzenia, jestem otoczona przyjaciółmi, staram się
nikogo i niczego nie zaniedbywać. Mamo, zaakceptuj mnie taką, jaka jestem, bo
pewnych rzeczy zmienić nie umiem, a dziś przyznaję, że…potrzebuję Cię.



Zbrodnia i kara. Pożegnanie. 2007-09-30

Przypomniała mi się piosenka „Killing me softy.” On prześmiewczo czyta na głos przed znajomymi listy miłosne od niej, i choć ona błaga, aby w końcu przestał, to on nadal publicznie objawia jej najintymniejsze myśli i uczucia.


Dziś zakańczam, lub zawieszam (nie zarzekam się) żywot tego bloga. Nie sądziłam, że czyta go połowa tego miasta, łącznie z osobami, z którymi nigdy nie chciałabym się dzielić swoimi przemyśleniami, zwłaszcza tak osobistymi. Mój błąd, moja wina. Internet jest przestrzenią otwartą, publiczną, i każdy ma prawo to czytać. Naiwnie sądziłam, że adres ten będzie znany tylko w kameralnym gronie moich przyjaciół, dla których nie zawsze mam czas, będąc daleko, a chciałabym, aby wiedzieli, co dzieje się w moim życiu, choćby metaforycznie. Jak już też wielokrotnie wspominałam, ten żałosny twór zwany blogiem jest dla mnie swego rodzaju terapią, ponieważ w momentach chaosu lub nadmiernych emocji pomaga mi uporządkować sobie wszystko w głowie, pozbyć się skrajnych myśli, wyciszyć. Robiłam to tu, publicznie, dlaczego – nie wiem. Może dlatego, że bezwzględnie ufałam tym kilku osobom, którym adres podałam, a może dlatego, że uwielbiam dyskusje, a polemiki, które póżniej powstawały, były czymś wspaniałym. Bywały to także, nie ukrywam, schowane między słowami prośby o radę, o wsparcie, o polemikę właśnie. Osoby, które mnie już nieco znają, a sądziłam, że tylko takie to czytają, wiedzą doskonale co mam na myśli używając pewnych skrótów myślowych, wiedzą również, że to co piszę jest często wyolbrzymione pod wpływem chwili i pomaga mi to wszystko wypośrodkować , i że nawet jeśli w danym momencie porywają mnie emocje, to jeszcze resztki rozsądku posiadam.

Za bardzo jestem bezpośrednia i nie pierwszy raz za to płacę. Być może moje wychowanie ze Stanów lub po prostu nazbyt otwarta osobowość nie przystają do polskich warunków. Może nie dla wszystkich, ale dla mnie naturalnym jest, że gdy człowiek jest zakochany, to pragnie obwieścić to całemu światu, dzielić się tym, i całemu światu się pochwalić, jakie to cudo poznał. Piszę tu rzeczy nieraz najintymniejsze, nieraz naiwne, jeszcze częściej banalne, ale są też prawdziwe i płyną prosto z serca. Czasem pewne uczucia, zwłaszcza to, które zdominowało moje serce i ten blog, są tak ogromne, że przerastają mnie samą i nawet przerażają – a wtedy jedynym ratunkiem jest dla mnie pisanie. Nie wstydzę się swoich uczuć. Przeciwnie. Może nie przystaję do tego świata lub do tych czasów, ale to co mnie spotkało, nie zamieniłabym na nic w świecie, tym bardziej iż czuję, że postępuję słusznie i co więcej, że nie wybaczyłabym sobie nigdy w życiu, gdybym postąpiła inaczej i zaprzepaściła to, co los był tak dobry zesłać na mą drogę, nie czyniąc tego łatwym, co zapewne także ma jakiś swój cel.

Dziś czuję się absolutnie zażenowana, zawstydzona i jest mi po prostu głupio, gdyż moje uczucia stały się tematem publicznych dyskusji, a ja tego nie przewidziałam, a powinnam była. Co więcej (choć w jaki sposób to pojęcia nie mam) mogłam/mogę tym zaszkodzić ważnej dla mnie osobie, co do której przekonana byłam, że tego bloga nie czyta, a jeśli nawet, to niezwykle rzadko. Gdybym wiedziała, co wiem teraz, być może pisałabym piękne, ocenzurowane, gładziutkie notki, pokazujące mnie od najlepszej strony i nie czułabym się teraz tak zażenowana, mimo że gdzieś w głębi wiem, że tak być powinno, że niczego złego nie zrobiłam, choć zdaję sobie sprawę, że np. moja głęboka wiara we własną intuicję wyglądać może na irracjonalną zarozumiałość, a niektóre wypowiedzi brane są z całą pewnością dosłownie, choć niekoniecznie takie są (np. „czuję, że wygrywam” Dla mnie „wygrywam” = rozwijam się duchowo/emocjonalnie, radzę sobie z tym uczuciem, niczego/nikogo nie gram, jestem już w pełni sobą przy Niej, bez „czasu promocji”, który i mnie pokusił) Nie można być szczerym w tym świecie, nie można wierzyć w bajki, no a kochać – to już szczyt szczytów. Zatem przepraszam wszystkich, których swoim pisaniem w jakikolwiek sposób uraziłam lub też naruszyłam ich prywatność, i do miłego.



Więc to jest niebo... 2007-09-27

Codzienne, długie rozmowy telefoniczne przed snem. Jechanie
razem tramwajem. Wspólne zakupy. 
Gotowanie. Wygłupy i narzekanie na trudy życia. Dzielenie się
codziennością, tę poezją życia. Przytulanie się wieczorem na kanapie, w
otoczeniu dwóch biegających kotków, jakby to była najnaturalniejsza,
najnormalniejsza rzecz na świecie.



…bo jest. Wierzę, że kiedyś, w innym wcieleniu byłyśmy
razem, byłyśmy jednością. Rozerwano nas i każda musiała przejść swoje, dobre i
złe, poznać siebie. Teraz znów nareszcie nasze drogi się połączyły. Jestem taka
spokojna. Wiem już, że będziesz. Czuję, że wygrywam.  Ponownie przekonuję się, że się nie myliłam.
Naprawdę dotarłam do Domu.



Niewazny Londyn, niewazny Gdansk... 2007-09-18

Przystanek Miodowa. Taki ot,przystanek. Ale Krakow to miasto narzucające się. Ciezkie powietrze powoli opada, i unosi, i dusi.  Nie ma taksowek z kuloodporna szyba. Jest za to zycie za pareset zlotych miesięcznie. Tu kochali, tu plakali. To była dzielnica zydowska. A teraz widze „nasza” kawiarnie z lodami, i linia 34 klekocze. Wracam do siebie. Do Siebie. Do swojego mieszkania, w Krakowie. Jestem tu, ale nie jestem. Czuje tak mocno, mocno, ale nie czuje. Boje się. A gdybym tak pojechala pare przystankow dalej? Gdybym zapukala do jej drzwi? Otworzylaby? Powiedzialaby „ja tez?” Odzwajemnilaby tysiące pocałunków, dawanych tylko w snach? Przywiozlam tu czesc siebie. Szczypte dzieciństwa, szczypte dorastania, szczypte Londynu i wielu innych miast, w których goscilam. Pare masek, kilka zdjęć, wiele pamiątek, i jeszcze wiecej wspomnien, które mnie kształtują. Krakow na chwile osobowość odbiera, osacza i wciąga, aby potem zwrocic te osobowość wzbogacona tak, ze nie sposób ja ogarnąć. Nadal słucham wewnętrznego dziecka. Tylko którego dziecka, skoro go nie było, nigdy nie istnialo? Wciąż wierze w bajki. To nie ja bylam Ewa

…a teraz jestem nia stokroc bardziej, niż wykonawczyni piosenki. Bylam czysta kartka. Prawie. Dzis tysiace kartek, zapisane po brzegi, zapisane w namiętności, w rozpaczy, zapisane w miłości. Nie wiedziałam wczesniej, co oznacza to slowo, choc przekonana bylam, ze wiem. Nic nie wiedziałam, bo i milion certyfikatow, i milion podrozy nie dalo mi tego, co nie smiem nazwac po imieniu. Kiedys mialam swoja patronke, swojego przewodnika, swój odnośnik. Nazywalam ja swoim  aniolem na drodze zycia, mimo ze była tylko abstrakcyjna ikona i nigdy jej nawet nie poznalam, choc śpiewała to, co od zawsze było w moim sercu. Potem ujrzałam to samo w Twoich oczach, i wiedziałam już, ze ja jestem pytaniem, a Ty na nie odpowiedzia.



Zapuszczanie korzeni. 2007-09-10

Więc jestem w Krakowie, już od ponad tygodnia...jestem w Krakowie, w mieście, które od ponad roku nazywam Domem, metą. Jestem i zapuszczam korzenie.

Dziwny to przeskok, z jednego kraju do drugiego, potem z miasta do miasta. Ze zwiększoną intensywnością obserwuję świat wokół, ale ze zdziwieniem odkrywam także, że nabrałam trochę dystansu, być może nawet zbyt wielkiego, bo nie zawsze czuję, że jestem gdzie jestem. Czasem wspomnę Londyn i łza mi się w oku zakręci...ciężko będzie zapomnieć...pamiętam imprezę pożegnalną, podczas której stanęłam z boku i z niejaką satysfakcją spojrzałam na krąg moich może nie przyjaciół, ale na pewno dobrych znajomych - każdy z innego kraju, z innej kultury...wszyscy różni, wszyscy równi. Od menadżerki restauracji poprzez sprzątacza w hotelu przez właściciela firmy po dziewczynę pracującą w kuchni. Rozstanie boli, zmiana świata boli, ale najbardziej bolała chyba rozłąka, kiedy byłam tam, przeogromna tęsknota i brutalność życia w metropolii. Londyn ma swoje niezaprzeczalne uroki, ale w Krakowie jest mi najlepiej.

Odkąd przyjechałam do Polski, pomimo natłoku zajęć, większego niż tam, czas płynie jakby wolniej. Jest czas cokolwiek przemyśleć, zastanowić się. Znany fenomen przyspieszonego czasu londyńskiego ustał (tam się nie chodzi, lecz biega...tysiące ludzi, każdy w innym kierunku, wpadając na siebie nawzajem, ze wzrokiem utkwionym przed siebie...bo "czas to pieniądz", kochani, a Londyn jest ilustracją tej sentencji). Czas już nie przepływa przez palce, mogę nawet powiedzieć, że czasem się nudzę (to akurat spowodowane pewnie tym, że chwilowo nie mam pracy). Kocham to miasto, Rynek, te uliczki, życie nocne na Kazimierzu, nawet zapach tego miasta, i Ją w nim. Jeszcze nie w pełni dotarło, że tu jestem, ale cieszę się ogromnie, spełniłam swoje marzenie. Cieszę się życiem. Mogę chyba powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Czasami płaczę, gdy tracę siłę i nadzieję, ale potem wracam do pionu, bo wierzę, wiem,  że wygram. To bynajmniej nie zarozumiałość. Ja po prostu wierzę w Przeznaczenie, wierzę w Intuicję. Gdy czyjąś jedyną bronią jest miłość, nie może nie wygrać. Daję sobie, daję Nam, ostatnią szansę. A póki co wieczorami siadam na balkonie i kontempluje momenty we własnym (choć wynajętym), nareszcie, krakowskim mieszkanku.



e-blogi.pl zymzym.info
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]